niedziela, 22 października 2017

Kochani!

Przykro mi strasznie, że przestałam tu ostatnio pisać. Tęsknię za opowiadaniami, za poezją, a już najbardziej tęsknię za książkami. Ostatnio w ogóle nie czytam, niczego!, i zmęczona jestem... no właśnie nie wiem za bardzo, czym. Postanowiłam prócz tego połączyć dwa blogi w jeden, tak chyba będzie prościej. Tego miejsca nie usuwam, mam do tego bloga zbyt duży sentyment, ale nie prędko tu wrócę. Chociaż... któż to może wiedzieć?
W każdym razie zapraszam tutaj: natulusia.blogspot.com. Tam to wszystko staram się zorganizować, może napisać jakąś recenzję, cokolwiek, byle tylko poczuć w sobie słowa.
Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze w ogóle zagląda, czy piszę sama do siebie, ale nie potrafię stąd... nie, nie, ja wcale stąd nie odchodzę. Bo to by znaczyło, że zostawiam to miejsce, opuszczam, a przecież wcale tego nie robię. Systematycznie tu jestem, sprawdzam statystyki, komentarze, po prostu nie piszę. Wybaczcie.

Wierząc, że nie napisałam tego sama sobie,
Natulusia

wtorek, 8 sierpnia 2017

Sherlocku...

12.05

Sherlocku!

Pewnie nigdy tego nie przeczytasz, ale co mi tam. Chciałbym Ci powiedzieć tyle rzeczy... na przykład to, że Mary dziś rano znowu zniknęła. Że dziecko płacze bez przerwy, że nie wiem, jak go uspokoić, że to wszystko mnie przerasta. Nie nadaję się do tego, Sherlocku. Ratuj mnie, nim całkowicie załamię się pod tym wszystkim. Tak strasznie mi Cię brakuje. Sherlocku, dlaczego...? Wytłumaczysz mi to? Dlaczego tak jest? Gdybyś tu był, wszystko byłoby inaczej.

Z pełną świadomością naciskam opublikuj. Od kilku tygodni nie jestem w stanie powstrzymać się od robienia... tego. Od kilku tygodni tak misternie budowane przeze mnie życie, u boku Mary, z dzieckiem, sypie się jak domek z kart. Od kilku tygodni wszystko, jak domino, pociąga za sobą konsekwencje, których nie potrafię ogarnąć. Od kilku dni próbuję choć trochę znaleźć się blisko Ciebie...

15.05

Sherlocku!

Tęsknię za Tobą nocą i dniem. Tęsknię, badając kolejnego zakatarzonego pacjenta. Przewijając kolejną brudną pieluchę. Całując kobietę, której nie kocham. Kupując mleko, którego nigdy u nas nie było. Sprzątając łazienkę, do której sprzątania Ty nigdy się nie zniżyłeś. Odkurzając rewolwer leżący pod poduszką, który brałem ze sobą zawsze, gdziekolwiek wychodziliśmy. Otwierając lodówkę, w której nie ma nic istotnego. Zaglądając do czajnik, w którym nie pływają gałki oczne. Oddychając powietrzem, w którym nie ma ani odrobiny Ciebie.

Kolejny post. Kolejny raz mam nadzieję, że kiedyś wrócisz. Nawet nie pozwalam sobie się łudzić, że możesz kiedyś wrócić do mnie, ale mam nadzieję, że będę mógł Cię jeszcze zobaczyć.
Przerywa mi płacz Rosie. Podchodzę do niej i biorę ją na ręce. Mary gdzieś wyszła, już nawet nie liczę, który to raz. Ciii, Rosie, ciii, już dobrze, jestem przy tobie. Jestem, pusta skorupa bez uczuć, bo one umarły wraz z Tobą, Sherlocku.

19.05

Sherlocku!

Mycroft nic nie robi. Nie wiem, jaką grę prowadzi, ale nic nie chce mi mówić. Ostatnio w ogóle go nie widuję. To, co wiem, wiem od Grega. Dużo czasu spędza ostatnio z Mycroftem. Żałuję, że nie potrafię, tak jak Ty, odkryć, co się dzieje pomiędzy nimi. Żałuję, że Ty nie możesz tego zrobić, Sherlocku.

Opublikuj. Już nie dziwią mnie komentarze, jak bardzo ludzie mi współczują, jak także tęsknią za Sherlockiem. Czy w ogóle ktoś z nich naprawdę budzi się z krzykiem w środku nocy, mając  przed oczyma rozwiane poły czarnego płaszcza na tle błękitnego nieba? Prześladuje mnie ten widok i tak będzie do końca życia. Życia, które już dawno straciło sens.


13.06

Bezsensownie przeglądam maila. Już nikt z moich znajomych do mnie nie pisze, od wszystkich się odłączyłem, gdy Ciebie poznałem. Nagle przychodzi nowy mail. Nowy komentarz na blogu. Wyciszam dźwięk w komputerze, żeby więcej nie rozdarł tak ciszy, przyprawiając mnie o dreszcze, i klikam w link.

Beznamiętnie przelatuję wzrokiem linijkę tekstu, szukając treści komentarza.

Nagle... 

Stęskniłeś się?

Czas się zatrzymuje.

Prawda dociera do mnie z szybkością błyskawicy.

O. Mój. Boże.

Sięgam dłonią po telefon. Wybieram numer Mycrofta. Zauważam, że nie sprawia mi to żadnego kłopotu, ręce nie drżą mi ani trochę.
Wiem, że on już o wszystkim wie, ale chcę się upewnić. Odbiera po pierwszym sygnale i wie, że ja także wiem.

Przez kilka dni nic się nie dzieje. Potem także nic się nie dzieje. Później też nic. 

Kłamię. Później jest jeszcze gorzej. Boję się. Nie piszę już na blogu, bo boję się, że on może to przeczytać. Jim wrócił, Sherlocku. Jak nie dla mnie, wróć dla niego. Nie, co ja plotę, nie wracaj dla niego. Dla mnie.

Sherlocku...!

Kolejnej nocy budzę się zlany potem. Już nie mogę, Sherlocku.

Chłodne powietrze to to, czego teraz potrzebuję. Zaciągam się papierosem. Zdziwiłbyś się, Sherlocku. Zacząłem palić po Twojej śmierci. Śmieszne, prawda? Tak bardzo chciałem, byś Ty przestał szukać w tysiącach swoich kryjówek, które znajdywałem, tych śmierciogennych paskudztw, a teraz... Teraz jest inaczej. Jest zupełnie inaczej. Zacząłem próbować Ciebie...



Budzę się. Otwieram oczy, tak raczej powinien to określić, bo wydaje mi się, że nadal śnię. Jestem w jakimś pokoju, rozglądam się, szukam czegoś znajomego. Gdy widzę ciemne nocne niebo, przypominam sobie, jak się tu znalazłem. Wyszedłem przed dom, przejść się, zaczerpnąć świeżego powietrza. Wtedy... pamiętam samochód. Czarna karoseria, przyciemnione szyby. Pamiętam rosłego mężczyznę, który wysiadł ciężko i spojrzał w moją stronę. Pamiętam, jak rzucił się do przodu, a zaraz potem poczułem, jak upadam na chodnik. Nade mną było ciemne nocne niebo.


Przez kilka dni nic się nie dzieje. Dostaję jedzenie, codziennie rano i wieczorem. I tak mało jadam, więc nie jestem głodny ani spragniony. Tak naprawdę niewiele się zmieniło, po prostu siedzę w jednym miejscu. Znowu pozwalam sobie na kpiący uśmiech. Jest mi wszystko jedno, odkąd Ciebie nie ma, Sherlocku. 

Potem także nic się nie dzieje. Choć uświadamiam sobie, że tęsknię, Sherlocku, za kimś jeszcze. Tęsknię za Rosie.

Później też nic. 

Kłamię. Za dużo kłamię. 
Później dzieje się stanowczo za dużo, bym mógł to pominąć.


Jak nigdy nic, budzę się. Na zimnej podłodze, wśród mroku.
I nagle...

Widzę Cię. Siedzisz na podłodze, klęczysz, patrząc tylko.

O mój Boże, Sherlocku, Sherlocku, Sherlocku...
O mój Boże, tak.

Nie mówisz nic, ale widzę, jak się uśmiechasz. Śnię, ja naprawdę śnię. Jeszcze nie dowierzam własnemu szczęściu. Jesteś tylko snem...?

Nie wiem, najważniejsze, że jesteś. Jesteś, Sherlocku, i już wszystko będzie dobrze.

Zabierasz mnie stamtąd. Nie wiem, co się dzieje, bo okazuje się, że te kilka... kilkanaście... kilkadziesiąt... dni podziałało jednak na mnie bardziej, niż to podejrzewałem. 

Czuję, jak unosisz mnie z ziemi. Jesteś, Sherlocku.

Jesteś...

Sherlocku...

Sher...



— Wyjdzie z tego? — pyta wysoki mężczyzna, który nie opuszcza szpitalnej poczekalni od dnia, w którym zjawił się tutaj wraz z przyjacielem. 
Czyli od dwóch tygodni — myśli lekarz, poprawiając na nosie okulary.
— Jest naprawdę o wiele lepiej. Na pewno z tego wyjdzie — upewnia mężczyznę.  Nie musi pan pytać, kiedy tylko mnie widzi. Uśmiecha się uspokajająco i idzie do kolejnego pacjenta, a Sherlock wraca na swoje stanowisko przed szybą szpitalnej sali.

Przez kilka dni nie dzieje się nic. No może oprócz przyjścia Mary. Wychodzą z Sherlockiem przed szpital i rozmawiają. Mają sobie wiele do wyjaśnienia, ale Sherlock nie skupia się wcale na słowach kobiety. Zapamiętuje tylko najważniejsze informacje, resztę kasuje bez najmniejszego żalu.

Potem także nic się nie dzieje. No może oprócz telefonu Grahama. To nic istotnego, Sherlock od razu o tym zapomina.

Później John się budzi.
Jest to akurat chwila, w której Sherlockowi udaje się posiedzieć moment przy jego łóżku. Lekarz przymyka oczy na jego nierodzinną więź z Johnem, a Sherlock obiecuje mu wszystko, byle tylko mógł sam pobyć z przyjacielem.

Kiedy John otwiera oczy i uśmiecha się, cały świat wybucha tyloma barwami, że sherlockowe serce z początku nic nie pojmuje. Siedzi, wpatrując się w tak znaną twarz, w swojskie oczy, we włosy, których koloru nigdy nie potrafił określić. W uśmiech, który mówi wszystko, czego Sherlockowi brakowało. I Sherlock widzi wspólne śniadania o nieludzkiej porze, wspólne gonitwy, przygody, podbijanie świata, wspólne oglądanie telewizji, szukanie śladów pośród bagien i mokradeł. Wspólną przyszłość.

Może nie jest dobrze, ale jest jak jest. Chłopcy powracają na Baker Street.


// Najmilsi,
wiem, że często mnie tu nie ma, że nie publikuję tak często, jak sama bym chciała, ale po prostu nie chcę publikować czegoś, z czego nie byłabym zadowolona. Dzisiaj tak mnie naszło i powstał na szybko fanfik. Mam nadzieję, że czytelny, bo dałam ponieść się emocjom i wyszło, jak wyszło.

Ps. Wiem, że nie mam talentu do wymyślania tytułów.

czwartek, 20 lipca 2017

Burza

Krople deszczu rozbijają Ci się na nosie. Masz wrażenie, jakby wraz z nimi całe Twoje rozgoryczenie i smutek spadało na ziemię, tracąc cały sens. Nadzieja, że po burzy przychodzi spokój, daje Ci cierpliwość i pewność, że wszystko będzie dobrze.
Kim jesteś, wędrowcze? Człowiekiem? A cóż to znaczy? Czy po tym, co zrobiłeś, dalej masz prawo się tak nazywać? Co ogóle czyni człowieka człowiekiem? Myślałeś nad tym?
Idziesz dalej. Krok za krokiem oddalasz się od... właśnie. Od czego uciekasz? Powiesz mi kiedyś?
Do czoła przyklejają Ci się kosmyki czarnych włosów. W błękitnych oczach kryje się bezradność i strach, a jednocześnie wiem, że jesteś pod wrażeniem mojej mocy. Nie chcesz, bym Cię zauważyła? Za późno. Widzę Cię.
Za zasłoną mgły coś się porusza. Może to jakieś zwierzę, może nie. W pierwszej chwili tego nie zauważasz, dopiero po kilku minutach zatrzymujesz się i zaczynasz nasłuchiwać. Coś rozprasza Twoją uwagę, nie możesz skupić wzroku. Co tam jest, w jest w tej mgle?
Bum, bum, bum-bum, bum - słyszysz tylko bicie swego serca. Rozdziera ciszę między jednym grzmotem a drugim. Chyba nie chcesz, bym je usłyszała - Widzę, jak kładziesz na piersi rękę, a usta drgają Ci w niemym niepokoju. Możesz krzyczeć, pozwalam Ci łaskawie, ale nie słyszysz mnie. Także i Ciebie nikt tu nie usłyszy. Za daleko od ludzi, a jednocześnie za blisko. Każdy patrzy przed siebie, po co miałby więc odwracać wzrok w Twoją stronę?
Nogi ślizgają Ci się w błocie. Nie możesz biec, a wiem, że z chęcią wziąłbyś nogi za pas, byle tylko oddalić się stąd. Ziemia drży od hałasu, drzewa szumią deszczem. Czego się boisz, wędrowcze? To tylko burza. Tylko ja.

Uśmiechasz się, choć w oczach masz niepokój. Zasnuwa Ci on umysł jak rozprzestrzeniająca się grypa, jest coraz bardziej trujący i gryzie Cię, zjada od środka. Mrużysz oczy. O, tak, przed Tobą coś jest. Widzisz, co to? Ja widzę. Każdego ranka, w kroplach rosy; każdego południa, w rzekach i na dnie jezior; każdego wieczoru, w kałużach deszczu; każdej nocy, na tarczy księżyca. Widzę tak, jak teraz widzę Ciebie.

To ja.

Nie wyczuwasz niebezpieczeństwa. Krok za krokiem, jesteś coraz bliżej. Zbliż się, zbliż. Pragnę Cię, człowieku, pragnę. Na Twoich włosach osiada woda, ciemne kosmyki skręcają się i drżą pod wpływem wiatru. Przypominasz mi kogoś. Był tak samo samotny, tak jak i Ty przyszedł tutaj i szukał ucieczki od świata. Nigdy go nie spotkasz, wiem na pewno, ale mimo to chciałabym, żeby to się kiedyś stało. Dogadalibyście się.

Wraz z kolejną błyskawicą słyszę coś w lesie. W czasie grzmotu doskonale zdaję sobie sprawę, że już nie jesteś mój. Straciłam Cię.

Światła motoru migają w ciemności. Teraz i Ty je widzisz. Słyszysz ryk potężnej maszyny. Ktoś krzyczy, odkrzykujesz coś. Nie chcę tego słyszeć, obserwuję tylko, jak umykasz mi.

Coraz dalej, dalej i dalej...

Jestem burzą. Kłębkiem rozwichrzonych nerwów, zgrzytem źle dobranych nut, a nade wszytko poczwarą wolności nieujarzmionej i nie dającej ogarnąć się umysłem. Burzą, lecz cóż znaczę w ogromnym świecie?

sobota, 3 czerwca 2017

Droubble #2: Because you chose her...

Gdzie jesteś? To moja pierwsza myśl. Zawsze byłeś, zawsze przy mnie, przy moim boku. Chyba tego nie doceniałem, lecz teraz brakuje mi Cię tak bardzo... Nie wiedziałem, że jestem w stanie czuć taką tęsknotę za Twoim głosem, wyrazem zmartwionej twarzy. Czuję ból, rozchodzi się od boku, dociera do mojej głowy i wyje tak głośno, że nic nie jest w stanie go zagłuszyć. To tylko ból, myślę, ale to wcale nie pomaga.
Szukam Cię. Wzrokiem, myślą, dłonią. Choć nie czuję niczego, wiem, że Cię tu nie ma. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu po prostu to wiem. To niemożliwe, ale od dawna przestałem zastanawiać się nad tym, czy to, co czuję, jest możliwe. Zostało mi niewiele czasu. Jest gorzej niż kiedykolwiek. Coraz bardziej daje o sobie znać moja niemoc. To, że jestem tak bardzo człowiekiem. Przed oczami widzę ciemność. Mój umysł spada w dół, bardziej i bardziej. Coraz dalej mam do powierzchni, zapadam się. Dlaczego Cię tu nie ma? Pytam, choć nawet nie wiem kogo. Wokół słyszę tylko szum. Wiem, że nie powinienem tego robić, ale zamykam oczy. A może już od dawna były zamknięte? Wiem, że nie ma to już znaczenia. Wiem dużo rzeczy, lecz... Nie, to również wiem. 
Ponieważ ją wybrałeś.

wtorek, 30 maja 2017

Być razem przez wieczność

I


Złożył skrzydła i uklęknął tuż przy niej.
— Wszystko będzie dobrze — powiedział po prostu.

II


Spotkali się kilka tygodni temu. Drobna postać w za długim płaszczu i świetlisty anioł. Z początku nic nie było dla niej zrozumiałe, ale z czasem, z czasem zrozumiała. Zrozumiała to, co chciał jej powiedzieć, czego od niej pragnął. Zrozumiała go.
Z początku byli sobie obcy. Szli blisko siebie, tak blisko, że mogliby chwycić się za ręce, ale mimo to byli obcy. Z początku, lecz czas płynął nieubłaganie. Czy teraz, wiedząc już wszystko, nie woleliby pozostać dla siebie obcymi?
Może tak byłoby lepiej.


Wszystko zaczęło się 10 maja. W dzień niczym nie różniący się od wczoraj czy przedwczoraj. Było cicho, ciemno i mokro, deszcz padał i padał, wiatr szemrzał zieleniącymi się liśćmi drzew, a trzymające się z boku słońce skrywało świat w cieniu.
Postać w czarnym płaszczu przemierzała pełnym powagi krokiem długą aleję. W nieznanym mi kierunku nogi prowadziły ją coraz dalej i dalej. Krople deszczu spadały na opływające jej ramiona długie włosy w kolorze kasztanów, ale ona nic sobie z tego nie robiła.
— Zmokniesz.
Odwróciła się. Wtedy jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że zapamięta to na całe życie, wtedy było to tylko słowo. Dziś... ile by dała, by usłyszeć je raz jeszcze.
— Proszę? — zapytała.
— Zmokniesz — powtórzył z prostotą i dotknął delikatnie jej ramienia.
Odwróciła się gwałtownie, strącając jego dłoń.
Świat się zatrzymał.
Przez wieczność jej serce stało, jej płuca nie potrzebowały powietrza.
On. 
Był tylko on.

III


I nadal jest. Tylko on, jej anioł.

IV


— Kim jesteś? — Kiedyś zadała mu to pytanie.
— Nie wiem — odpowiedział.
— Kim się czujesz? — zapytała wobec tego.
— Nikim bez ciebie. — Przygarnął ją do siebie i wtulił twarz w kasztanowe loki.
Nadal czuje jego usta na swoich włosach.

V


— A co, jeśli kiedyś będziesz musiał odejść?
Pamięta jak dziś jego wahanie. Zrobił tę swoją minę, której zawsze tak bardzo się obawiała — na rysach twarzy, niczym mgła, osadzony strach, w skrzywieniu warg niepewność, w oczach odrobina nadziei.
Westchnął. To rozbroiło jej serce. Położyła mu palec na ustach i szepnęła:
— Nie musisz odpowiadać. Ja...
— Nie. — Zdecydował. — Nie mam prawa niczego przed tobą ukrywać. Nie mogę, nie chcę cię okłamywać. Muszę... powiedzieć ci tyle rzeczy. Proszę, wybacz, jeśli... — Przerwał.
— Wiem. — Przymknęła oczy.
— Kiedyś — zaczął na powrót — będę musiał odejść. Nie wiem, kiedy dokładnie, ale wiem, że... za niedługo. — Na chwilę zapadła cisza. — I wtedy... nie chcę, byś była smutna. Bo taka jest kolej rzeczy. Ludzie odchodzą, a anioły niczym się od nich nie różnią w tej kwestii. Odchodzimy. Nie martw się, nie smuć się. Tak jest i nikt tego nie zmieni, więc nie ma sensu nad tym rozmyślać, nie ma sensu pogrążać się w smutku. Wiem, że to trudne, ale... Cholera, kocham cię. Zawsze z tobą będę, nawet jeśli nie będziesz mnie w stanie zobaczyć. Zawsze przy tobie.
Księżyc zabłyszczał we łzie, która spłynęła po jego policzku. Nasturcja tylko oparła głowę o jego pierś.
— Nie chcę, żebyś odchodził — powiedziała cicho.
— Wiem. Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo wiem. — W jego słowach krył się ból.
Siedzieli tak przez, zdawać by się mogło, wieczność. Wiatr zdążył wysuszyć ich łzy, a czas zasklepić ranę na sercach. Nagle w ciszy zabrzmiały delikatne nuty, jakby muzyka chciała przywrócić tych dwoje światu.
— Zatańczysz? — zapytał po prostu.
— Zatańczę — szepcze teraz, wpatrzona w rozległą pustkę tuż przed nią. Tak jak wtedy wstaje, lecz nie trzymając jego dłoni, a sama, i robi krok naprzód. Wiatr rozwiewa jej włosy, a ona obraca się. I jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze...
Łzy płyną.

VI


— Przyjadę po ciebie o siedemnastej. — Usłyszała innym razem znajomy głos, podnosząc słuchawkę telefonu.
— Proszę? — spytała wtedy.
— Kochana, wyszykuj się na siedemnastą, porywam cię. — Zaśmiał się. Wyobraziła sobie, jak odrzuca głowę w tył, a w jego oczach błyskają wesołe ogniki.
— Ale... gdzie? 
— Niespodzianka.
— Nie powiesz nic więcej?
— Absolutnie. — Prawie czuła, jak się uśmiecha
— Dobra — odpowiedziała wobec tego. — Będę czekać.


Zdecydowała się na prostą sukienkę w jasnych kolorach. Było na tyle ciepło, że postanowiła nie brać niczego więcej. Gdy tylko zobaczyła Azaela, wyszła mu naprzeciw. Pocałowała go na przywitanie, on przyciągnął ją do siebie i oplótł drobne ciało dziewczyny ramionami.
— Co robisz? — szepnęła, patrząc mu prosto w jasnobłękitne oczy.
— Zobaczysz. — Uśmiechnął się tajemniczo.
Nagle... na plecach Azaela zmaterializowały się skrzydła. Złożone z ogromnych białych piór lekko drgały na wietrze. Nasturcja patrzyła jak urzeczona, gdy poruszyły się i objęły ją całą. Na plecach poczuła delikatny, choć stanowczy dotyk, a jej pole widzenia zakryła połać białego puchu. Zakręciło jej się w głowie, mocniej oparła się o pierś anioła.
Ocknęła się, czując ciepłe wargi na swoim czole. Uśmiechnęła się, nim jeszcze otworzyła oczy. Kiedy jednak to zrobiła, zobaczyła nad sobą jasne włosy, błękitne oczy, w których tańczyły wesołe iskierki i uśmiech pełen miłości.
— Dzień dobry, śpiąca królewno. —  Powiedział i pocałował ją raz jeszcze.
— Hej. — Oddała pocałunek.
— Nie podglądaj — poprosił, podnosząc ją. Zawiązał swoją chustkę dookoła jej głowy i objął ją delikatnie.
— Mhm. — Przytaknęła i dała popchnąć się do przodu, cały czas czując na swojej talii stanowczy dotyk.
— Teraz, uwaga, musisz podnieść nogę — powiedział po chwili, równocześnie skręcając lekko w lewo — a teraz... — Jakby zamyślił się i dodał: — Tak będzie szybciej.
Pochylił się i podciął jej nogi. Pisnęła, ale zanim zdążyła upaść, chłopak złapał ją i wyprostował się, jakby nic nie ważyła. — Tak było prościej — wytłumaczył się, gdy trzepnęła go ręką.
— Przestraszyłeś mnie — powiedziała z udawanym wyrzutem i oparła głowę o jego pierś. Westchnęła cicho, wdychając jego zapach.
Las zamknął się wokół nich, tworząc intymne, ciche miejsce, w którym byli tylko we dwoje. Ptaki ćwierkały leciutko, jakby nie chcąc przeszkadzać, a jedynym prócz nich dźwiękiem były szeleszczące kroki Azaela.
— Co, kochana? — Siódmy zmysł chłopaka dał o sobie znać. — O czym myślisz?
— O niczym. — Zawahała się. — Po prostu... nie chcę cię stracić.
Na te słowa zacisnął mocno powieki. Przez jego twarz przebiegł skurcz bólu, a on w głębi ducha cieszył się, że Nasturcja tego nie widzi.
— Nie myśl o tym. — Szepnął. — Proszę.


— A teraz... — Postawił ją delikatnie na ziemi. — Otwórz oczy.
Widok zaparł jej dech w piersiach. Na pierwszym planie widziała tylko wodę. Później dostrzegła pochylające się na nią drzewa, ptaki w zielonych koronach, kamienie szare i czarne, o całkiem okrągłych kształtach i zupełnie kanciaste, delikatną mgiełkę unoszącą się ponad taflą błękitnej połaci... I uświadomiła sobie, że woda, tamta woda, znajduje się kilka metrów w dół od miejsca, w którym stała. Strumyk opływający jej stopy tworzył wodospad, na którego szczycie byli.
Azael dotknął wargami jej szyi.
— Podoba ci się? — szepnął.
— I to jak. — Prawie skręciła sobie kark, odnajdując jego usta.
Gdy zabrakło im powietrza, Azael odsunął się na krok.
— A teraz, moja droga, idziemy popływać.
— Że co? — zapytała z niedowierzaniem.
Nie zdążyła nawet krzyknąć, gdy chłopak poderwał ją do góry, zrobił kilka kroków do przodu i... runęli w przepaść. Chwila nieważkości trwała przez kilka sekund, ale dla Nasturcji dłużyła się nieskończenie. Żołądek podszedł jej do gardła, rękami machała bezwładnie w powietrzu, o mało nie trafiając przy tym Azaela, który zanosił się śmiechem. Widząc jego roześmianą twarz, ona również rozchichotała się na dobre.
Wpadli do wody. Zimny błękit zamknął się im ponad głowami, gdy opadli na samo dno. Nasturcja zgubiła gdzieś swojego anioła stróża i zaczęła w panice przebierać nogami. Zaraz jednak Azael chwycił ją i pociągnął do góry.
— Nie umiesz pływać. — Zauważył ze zdziwieniem, gdy tylko wciągnął powietrze do płuc.
Zrobiła zdziwioną minę, ale po chwili na jej twarzy pojawił się szatański uśmiech. Parsknęła śmiechem.
— Brawo, Sherlocku. — Jej ramiona owinęły się mu wokół szyi. — Trzymaj mnie mocno.
— Obiecuję. — Uśmiechnął się łobuzersko i odskoczył w bok.
Nasturcja skoczyła za nim, ale, nie mając dna pod stopami, zaraz przykryta została toną wody. Wynurzywszy głowę, nabrała łapczywie powietrza.
— Gnojek! — parsknęła tylko i zwinnie zanurkowała.
Azael nie miał szans. Nasturcja pociągnęła go za nogi w dół, a zaskoczenie nie pozwoliło mu się bronić.
— Kłamczucha! — rzucił, gdy tylko się wynurzyli. — Zaraz ci pokażę...
— Na pewno! — Chlusnęła mu wodą prosto w oczy i śmignęła w bok.
Nie zdążyła uciec daleko. Po chwili na jej plecach wylądowało coś niesamowicie ciężkiego, co bezlitośnie sprawiło, że poleciała w dół.
Ścigali się tak przez chwilę, miotani wodą i radością. Raz po raz tracili grunt pod nogami, gubili się wzajemnie po to, by zaraz odnaleźć się w błękitnej toni. Chwytali swoje ręce, odnajdywali usta. Ich serca łączyły się raz po raz, oddechy ginęły wśród wszechobecnej miłości, a znikome ilości rozsądku pozwalały zanurzać się i wynurzać, tańczyć wśród tysięcy kropel wody.


— Potwór z bagien pozwoli? — zapytał Azael, wgramoliwszy się na brzeg.
— Pozwoli — odpowiedziała Nasturcja, przyjmując wyciągnięta dłoń. Lodowata woda skapywała jej z posklejanych kasztanowych kosmyków, sukienka przylepiała się do ciała, a ona trzęsła się lekko. Azael również cały ociekał wodą. Ściągając za długą i nienaturalnie białą koszulę, spojrzał na Nasturcję.
— Rzeczy lepiej wyschłyby na ziemi niż na tobie. — Uśmiechnął się łobuzersko.
— Spadaj — rzuciła w odpowiedzi, rumieniąc się delikatnie, po czym z trudem odwróciła wzrok od ciała anioła.
Usiedli na ziemi. Jedno przy drugim, dziewczyna opierając się o pierś chłopaka. W pewnej chwili poczuła jego dłoń na swojej talii, ale nie bała się. Jego wzrok, opływający kształt jej ciała pod mokrą sukienką, również nie budził jej obaw. Ufała mu całkowicie.
— Kocham cię — powiedziała.
— Ja ciebie też — odpowiedział  i zamknął oczy, grzejąc twarz w słońcu.
— To niesamowite, że dane nam było się spotkać. — Kontynuowała dziewczyna. — Do tej pory miałam wrażenie, jakbym, pragnąc miłości, szukała wiatru w polu. To było coś nieosiągalnego, coś tajemniczego, enigmatycznego, a teraz... Wydaje się takie proste, zupełnie naturalne i... moje. Choć wiem, że nie zasługuję na ciebie... Tak, to prawda. Nie jestem taka jak ty.  Nie jestem dobra, a mimo to kochasz mnie. Chcę spędzić z tobą każdą chwilę i dziękuję niebiosom, że postawiły cię na mej drodze.
— Jesteś niesamowita i to raczej ja powinienem powiedzieć, że na ciebie nie zasługuję — odezwał się na to. — Spośród wszystkich ludzi na świecie spotkałem najniezwyklejszą istotę na ziemi. Piękną młodą kobietę, z sercem na dłoni, która nie boi się inności. Żadne słowa nie opiszą tego, ile dla mnie znaczysz. Jesteś całym moim światem.
— Dziękuję. — Spojrzała mu w oczy.


— Chodźmy coś zjeść — zaproponowała Nasturcja, kiedy, już dostatecznie sucha, potrzebowała rozprostować nogi.
— Mam zarezerwować stolik w pięciogwiazdkowej restauracji i poprosić o świece? — zapytał, otrzepując odrobinę zielone spodnie.
— Wystarczy pizza — powiedziała, przeczesując włosy palcami. — Znam fajną pizzerię niedaleko mojego domu.


— Naprawdę ludzie to jedzą? — zapytał Azael, wygrzebując spomiędzy kawałków pieczarki zieloną oliwkę.
— Mhm — mruknęła z pełną buzią.
Siedzieli właśnie przy nierzucającym się w oczy dwuosobowym stoliku, jedząc margheritę. Wokół wesoło ćwierkały ptaki, ludzie powoli zbierali się do domów, a oni trwali nieprzerwanie, wpatrzeni w siebie.
W końcu w kawiarnianym ogródku pizzerii pozostali sami. Słońce zachodziło, robiło się coraz zimniej, ale nie przeszkadzało im to. Dwa serca, bijące w jednym rytmie, ogrzewały się nawzajem.

Ach, jakże chce teraz wrócić do tego dnia. Do jego spojrzenia, jego uśmiechu wtedy. Czuje się teraz taka samotna, taka nic nie znacząca, niepotrzebna bez niego. To Azael nadawał sens jej istnieniu. Gdy go zabrakło, nic już się nie liczy.

VII


Stoi na dachu budynku. Doskonale zdaje sobie sprawę, co ją tu przygnało, ale nie chce nadawać tej myśli kształtu. Stara się odpędzić od siebie wspomnienia, ale one same przychodzą.
Tuż przed nią, na chłodnym betonie siada motyl. Nie wiedziała, że motyle latają aż tak wysoko, więc jest mile zaskoczona jego obecnością. Uśmiecha się do niego, a on patrzy na nią z zainteresowaniem. Pewnie też nikogo się tu nie spodziewał, przychodzi na myśl dziewczynie, a wraz z tą myślą w jej głowie pojawia się nazwa tego stworzenia i fakt, że wcale nie powinno go tu być. Przypomina je się, jak spędzili kiedyś cały dzień, leżąc na łące, a on uczył jej nazw wszystkich małych istotek, które szeleściły wśród traw. Uświadamia sobie, że wszystkie jej najpiękniejsze wspomnienia wiążą się z Azaelem i to wbija kolejny nóż w jej serce. Kolejne łzy z jej oczy opadają na ziemię, w dół i w dół, tak jak i ona spada coraz niżej i niżej...

VIII


— Muszę ci coś powiedzieć. — Usłyszała, nim do końca zdążyła otworzyć drzwi. Azael miał rozczochrane włosy, lekko pomiętą koszulę, a na dżinsach dziury. Ale nie to było najgorsze. Nasturcję najbardziej przeraziły jego oczy. Szkliste, zaczerwienione, smutne oczy kogoś, kto wyje z bezsilności i niemocy. Pierwszy raz zobaczyła go w takim stanie.
— Co się stało? — zapytała, chwytając kurtkę.
— Nie tutaj, nie tutaj — powiedział, ciągnąc ją za sobą. 
Jego skrzydła były dziś szare. Matowe i połamane sprawiały wrażenie umierających. Zaprowadził ją na cmentarz.
I w tym momencie zorientowała się, co się stało. Jej serce zatrzymało się i teraz ma wrażenie, że od tamtej chwili nie zaczęło bić.
— Nie, jeszcze nie... — jęknęła wtedy, całując jego nieruchome usta, obejmując zimne ciało. — Nie opuszczaj mnie...
Spojrzał na nią z bólem w oczach. Zrozumiała, że był teraz aniołem, nie jej chłopakiem. Aniołem ze skrzydłami, z cierpiącym sercem, z zapadniętymi policzkami, ze łzami w oczach.
— Proszę... — Rozpłakała się, zanurzając twarz w jego piersi. — Proszę...
Azael objął ją, ale jakby z dystansem.
— Posłuchaj mnie... — rzekł stanowczo.
— Nie! — zawyła, zapominając o świecie wokół. — Nie! Nie zgadzam się! To się tak nie skończy. Nie może... — Głos się jej załamał.
Nie odpowiedział. Westchnął tylko i wtulił usta w kasztanowe loki.


Dwa serca, bijące w tym samym rytmie, ogrzewały się w tej chwili wzajemnie. Świat wokół, zimny i nieprzyjazny, chciał rozdzielić tych dwoje, lecz on trwali, niewzruszenie i razem. Lecz czymże jest opór dwóch serc przeciwko wszechświatowi?


— Nie smuć się. — Siedzieli oparci o jeden z wiekowych grobowców.
— Wiesz, że będę — odpowiedziała, przyglądając się, jak na rzęsach Azaela osiada łza.
— Wiem i tego się właśnie boję. — Przymknął oczy i kropla opadła mu na policzek.
— Ja boję się stracić ciebie. — Dziewczyna starła ją palcami.
— Nie stracisz mnie. Będę zawsze przy tobie, nawet jeśli nie będziesz mogła mnie dostrzec. — Chwycił jej rękę.
— Nie chcę tego. — Zacisnęła palce.
— Myślisz, że ja chcę? — Dotknął wargami grzbietu jej dłoni.


— Daję ci wolność. Nie mogę wziąć cię ze sobą, więc uwalniam cię. Nie myśl o mnie, zacznij swoje życie.
— Nie dam rady.
— Dasz radę. Jesteś silna. Byłem takim cholernym egoistą, będąc z tobą. Dlaczego nie zostawiłem cię? Dlaczego trzymałem cię przy sobie, nie pozwalając ci odejść? Dlaczego zniewoliłem cię do tego stopnia, że teraz cierpisz?
— Nie mów tak. Podarowałeś mi najpiękniejsze chwile, jakie kiedykolwiek przeżyłam. Nie możesz się za to obwiniać i nie masz prawa mnie za to przepraszać.
Wiedziała, że będzie robił sobie wyrzuty. Tak samo, jak on wiedział, że ona nie otrząśnie się tak szybko.
— Kocham cię i zawsze będę cię kochać. Nie płacz, proszę. Dla mnie. Obiecaj mi, że dasz sobie radę. —Spróbował mimo to.
— Nie mogę. Nie jestem silna. Jestem słaba, tak strasznie słaba bez ciebie. — Szkliste oczy błagalnie spojrzały na przygnębionego anioła.
On tylko przytulił ją mocniej.
Słowa nie były im potrzebne. Wiedzieli już wszystko, wiedzieli, że podjęli walkę.

IX


— Byliśmy na przegranej pozycji — mruknął Azael. — Od początku.
— Wiem, ale... życie nie opiera się na samych zwycięstwach. Czasami trzeba upaść, by odnieść radość z powstania. — Wiedziała, że żadnego powstania dla niej nie będzie, ale mimo to ciągnęła dalej: — Przez to życie jest pełne. I to, że kiedyś będziemy musieli się rozstać, wcale nie umniejsza tego, że życie jest także piękne.
— Spójrz na mnie. — Poprosił, unosząc jej głowę. Upewnił się, że to wszystko to były tylko słowa. Że ona nie planuje podnieść się z powrotem. — Kochana... — szepnął, scałowując z jej warg smutek. — Wierzę w ciebie.

X


Nasturcja widzi, jak motyl zbiera się do lotu. Jest silniejszy niż ona, bo nie opada w dół, lecz unosi się ponad krawędź dachu. Dziewczyna jak urzeczona pochyla się za nim i patrzy na ziemię kilkanaście, może kilkaset merów poniżej. Nigdy wysokość nie przerażała jej, chociaż teraz ma lekkie zawroty głowy, gdy stopy przenoszą ją o krok bliżej przepaści.
Wiem, że on nie pozwoliłby jej na to. Powiedziałby, że ma dalej walczyć i nie może iść na łatwiznę. Mimo to ona już zdecydowała. I w ostatnim rozrachunku to chyba wyjście, które przewidziane było od początku. Od pierwszego ich spotkania. 
Pisane im jest spędzić ze sobą wieczność.

XI


Robi krok naprzód. To nie jest trudne. I jeszcze jeden. To odrobinę trudniejsze. I jeszcze. To wydaje się niemożliwe, ale teraz już się nie cofnie. Zmusza się do wysiłku.
W następnej sekundzie grunt umyka jej spod stóp.
W następnej wisi w powietrzu. Zabawne, ale chce jej się śmiać.
I nagle zaczyna spadać.
W dół.
Coraz szybciej.
I szybciej.
I szybciej…
W dół.

Czuje, jak ktoś dotyka jej ramion. Ktoś szepcze jej do ucha jakieś słowa, które nie mają znaczenia. Słyszy tylko ton głosu, jego barwę, tak znajomą. Wzruszenie ściska jej gardło, a ona otwiera szeroko oczy. Choć widzi przed sobą tylko biel, wydaje jej się, że on jest obok niej.
Szepcze jego imię. Woła go, szuka rękami, zaciska kurczowo dłonie. Gdzie jesteś?! Czuje go, tak blisko, tak blisko siebie, ale nie może uchwycić rytmu jego serca…

XII


Budzi się pod wpływem czyjegoś dotyku. Otwiera oczy i rozpoznaje łąkę, gdzie uczyła się nazw motyli.
— Już wszystko dobrze. – Słyszy.
Odwraca głowę i napotyka błękitne spojrzenie.
Wie, że jest dobrze.



// Najmilsi! 
Tak tylko jeszcze szepnę, że opowiadanie to wzięło udział w konkursie na Rzece opowieści, gdzie bardzo serdecznie  zapraszam :)

środa, 24 maja 2017

Droubble #1: Pożegnanie

Nad rzeką widzisz dwoje ludzi. Stoją niedaleko, na odległość głosu. Mógłbyś ich zawołać, ale wolisz nie przerywać tej chwili. Jest pod pewnym względem magiczna; związana z tą dwójką osób w sposób, jakiego nie rozumiesz zbyt dobrze. Stoisz więc i patrzysz. W pewnej chwili... dziewczyna, tak, teraz widzisz, że to dziewczyna, odwraca głowę. W jej oczach coś się błyszczy. To łzy. Chłopak delikatnie dotyka jej policzka i zaraz zanurza palce w jej włosach. Ona opiera się o jego dłoń, z ufnością przymyka oczy. Chłopak pochyla się i całuje ją. Nie widzisz skrzących się kropel na jego policzkach, nie wiesz, co dzieje się w jego sercu, ale mimo to w pewien sposób czujesz się związany z tą dwójką. Widzisz, jak obejmują się. Jak ona zanurza twarz w jego piersi, on dotyka ustami jej włosów. Nagły dotyk wiatru unosi je i czarna kurtyna ukrywa tych dwoje przed światem. Także i przed tobą, ale potrafisz zrozumieć to, że jesteś tylko publicznością.
Stoją tak przez wieczność. Cisza wokół pozwala im na szept płynący prosto z zakochanych serc. Nagle chłopak odrywa się, mówi coś. Dziewczyna kiwa głową, a on szybko zbliża wargi do jej ust, po czym odchodzi. Dziewczyna patrzy za nim z pustką w oczach.

// Najmilsi,
naszło mnie ochota na, jak mawiał Kubuś Puchatek, małe co nieco... czyli moje pierwsze droubble — stusłówowy utwór, która, mam nadzieję, taki zły nie jest.