czwartek, 20 lipca 2017

Burza

Krople deszczu rozbijają Ci się na nosie. Masz wrażenie, jakby wraz z nimi całe Twoje rozgoryczenie i smutek spadało na ziemię, tracąc cały sens. Nadzieja, że po burzy przychodzi spokój, daje Ci cierpliwość i pewność, że wszystko będzie dobrze.
Kim jesteś, wędrowcze? Człowiekiem? A cóż to znaczy? Czy po tym, co zrobiłeś, dalej masz prawo się tak nazywać? Co ogóle czyni człowieka człowiekiem? Myślałeś nad tym?
Idziesz dalej. Krok za krokiem oddalasz się od... właśnie. Od czego uciekasz? Powiesz mi kiedyś?
Do czoła przyklejają Ci się kosmyki czarnych włosów. W błękitnych oczach kryje się bezradność i strach, a jednocześnie wiem, że jesteś pod wrażeniem mojej mocy. Nie chcesz, bym Cię zauważyła? Za późno. Widzę Cię.
Za zasłoną mgły coś się porusza. Może to jakieś zwierzę, może nie. W pierwszej chwili tego nie zauważasz, dopiero po kilku minutach zatrzymujesz się i zaczynasz nasłuchiwać. Coś rozprasza Twoją uwagę, nie możesz skupić wzroku. Co tam jest, w jest w tej mgle?
Bum, bum, bum-bum, bum - słyszysz tylko bicie swego serca. Rozdziera ciszę między jednym grzmotem a drugim. Chyba nie chcesz, bym je usłyszała - Widzę, jak kładziesz na piersi rękę, a usta drgają Ci w niemym niepokoju. Możesz krzyczeć, pozwalam Ci łaskawie, ale nie słyszysz mnie. Także i Ciebie nikt tu nie usłyszy. Za daleko od ludzi, a jednocześnie za blisko. Każdy patrzy przed siebie, po co miałby więc odwracać wzrok w Twoją stronę?
Nogi ślizgają Ci się w błocie. Nie możesz biec, a wiem, że z chęcią wziąłbyś nogi za pas, byle tylko oddalić się stąd. Ziemia drży od hałasu, drzewa szumią deszczem. Czego się boisz, wędrowcze? To tylko burza. Tylko ja.

Uśmiechasz się, choć w oczach masz niepokój. Zasnuwa Ci on umysł jak rozprzestrzeniająca się grypa, jest coraz bardziej trujący i gryzie Cię, zjada od środka. Mrużysz oczy. O, tak, przed Tobą coś jest. Widzisz, co to? Ja widzę. Każdego ranka, w kroplach rosy; każdego południa, w rzekach i na dnie jezior; każdego wieczoru, w kałużach deszczu; każdej nocy, na tarczy księżyca. Widzę tak, jak teraz widzę Ciebie.

To ja.

Nie wyczuwasz niebezpieczeństwa. Krok za krokiem, jesteś coraz bliżej. Zbliż się, zbliż. Pragnę Cię, człowieku, pragnę. Na Twoich włosach osiada woda, ciemne kosmyki skręcają się i drżą pod wpływem wiatru. Przypominasz mi kogoś. Był tak samo samotny, tak jak i Ty przyszedł tutaj i szukał ucieczki od świata. Nigdy go nie spotkasz, wiem na pewno, ale mimo to chciałabym, żeby to się kiedyś stało. Dogadalibyście się.

Wraz z kolejną błyskawicą słyszę coś w lesie. W czasie grzmotu doskonale zdaję sobie sprawę, że już nie jesteś mój. Straciłam Cię.

Światła motoru migają w ciemności. Teraz i Ty je widzisz. Słyszysz ryk potężnej maszyny. Ktoś krzyczy, odkrzykujesz coś. Nie chcę tego słyszeć, obserwuję tylko, jak umykasz mi.

Coraz dalej, dalej i dalej...

Jestem burzą. Kłębkiem rozwichrzonych nerwów, zgrzytem źle dobranych nut, a nade wszytko poczwarą wolności nieujarzmionej i nie dającej ogarnąć się umysłem. Burzą, lecz cóż znaczę w ogromnym świecie?

sobota, 3 czerwca 2017

Droubble #2: Because you chose her...

Gdzie jesteś? To moja pierwsza myśl. Zawsze byłeś, zawsze przy mnie, przy moim boku. Chyba tego nie doceniałem, lecz teraz brakuje mi Cię tak bardzo... Nie wiedziałem, że jestem w stanie czuć taką tęsknotę za Twoim głosem, wyrazem zmartwionej twarzy. Czuję ból, rozchodzi się od boku, dociera do mojej głowy i wyje tak głośno, że nic nie jest w stanie go zagłuszyć. To tylko ból, myślę, ale to wcale nie pomaga.
Szukam Cię. Wzrokiem, myślą, dłonią. Choć nie czuję niczego, wiem, że Cię tu nie ma. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu po prostu to wiem. To niemożliwe, ale od dawna przestałem zastanawiać się nad tym, czy to, co czuję, jest możliwe. Zostało mi niewiele czasu. Jest gorzej niż kiedykolwiek. Coraz bardziej daje o sobie znać moja niemoc. To, że jestem tak bardzo człowiekiem. Przed oczami widzę ciemność. Mój umysł spada w dół, bardziej i bardziej. Coraz dalej mam do powierzchni, zapadam się. Dlaczego Cię tu nie ma? Pytam, choć nawet nie wiem kogo. Wokół słyszę tylko szum. Wiem, że nie powinienem tego robić, ale zamykam oczy. A może już od dawna były zamknięte? Wiem, że nie ma to już znaczenia. Wiem dużo rzeczy, lecz... Nie, to również wiem. 
Ponieważ ją wybrałeś.

wtorek, 30 maja 2017

Być razem przez wieczność


Najmilsi! Tak tylko słówkiem wstępu szepnę, że opowiadanie to wzięło udział w konkursie na Rzece opowieści, gdzie bardzo serdecznie  zapraszam :)

I


Złożył skrzydła i uklęknął tuż przy niej.
— Wszystko będzie dobrze — powiedział po prostu.

II


Spotkali się kilka tygodni temu. Drobna postać w za długim płaszczu i świetlisty anioł. Z początku nic nie było dla niej zrozumiałe, ale z czasem, z czasem zrozumiała. Zrozumiała to, co chciał jej powiedzieć, czego od niej pragnął. Zrozumiała go.
Z początku byli sobie obcy. Szli blisko siebie, tak blisko, że mogliby chwycić się za ręce, ale mimo to byli obcy. Z początku, lecz czas płynął nieubłaganie. Czy teraz, wiedząc już wszystko, nie woleliby pozostać dla siebie obcymi?
Może tak byłoby lepiej.


Wszystko zaczęło się 10 maja. W dzień niczym nie różniący się od wczoraj czy przedwczoraj. Było cicho, ciemno i mokro, deszcz padał i padał, wiatr szemrzał zieleniącymi się liśćmi drzew, a trzymające się z boku słońce skrywało świat w cieniu.
Postać w czarnym płaszczu przemierzała pełnym powagi krokiem długą aleję. W nieznanym mi kierunku nogi prowadziły ją coraz dalej i dalej. Krople deszczu spadały na opływające jej ramiona długie włosy w kolorze kasztanów, ale ona nic sobie z tego nie robiła.
— Zmokniesz.
Odwróciła się. Wtedy jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że zapamięta to na całe życie, wtedy było to tylko słowo. Dziś... ile by dała, by usłyszeć je raz jeszcze.
— Proszę? — zapytała.
— Zmokniesz — powtórzył z prostotą i dotknął delikatnie jej ramienia.
Odwróciła się gwałtownie, strącając jego dłoń.
Świat się zatrzymał.
Przez wieczność jej serce stało, jej płuca nie potrzebowały powietrza.
On. 
Był tylko on.

III


I nadal jest. Tylko on, jej anioł.

IV


— Kim jesteś? — Kiedyś zadała mu to pytanie.
— Nie wiem — odpowiedział.
— Kim się czujesz? — zapytała wobec tego.
— Nikim bez ciebie. — Przygarnął ją do siebie i wtulił twarz w kasztanowe loki.
Nadal czuje jego usta na swoich włosach.

V


— A co, jeśli kiedyś będziesz musiał odejść?
Pamięta jak dziś jego wahanie. Zrobił tę swoją minę, której zawsze tak bardzo się obawiała — na rysach twarzy, niczym mgła, osadzony strach, w skrzywieniu warg niepewność, w oczach odrobina nadziei.
Westchnął. To rozbroiło jej serce. Położyła mu palec na ustach i szepnęła:
— Nie musisz odpowiadać. Ja...
— Nie. — Zdecydował. — Nie mam prawa niczego przed tobą ukrywać. Nie mogę, nie chcę cię okłamywać. Muszę... powiedzieć ci tyle rzeczy. Proszę, wybacz, jeśli... — Przerwał.
— Wiem. — Przymknęła oczy.
— Kiedyś — zaczął na powrót — będę musiał odejść. Nie wiem, kiedy dokładnie, ale wiem, że... za niedługo. — Na chwilę zapadła cisza. — I wtedy... nie chcę, byś była smutna. Bo taka jest kolej rzeczy. Ludzie odchodzą, a anioły niczym się od nich nie różnią w tej kwestii. Odchodzimy. Nie martw się, nie smuć się. Tak jest i nikt tego nie zmieni, więc nie ma sensu nad tym rozmyślać, nie ma sensu pogrążać się w smutku. Wiem, że to trudne, ale... Cholera, kocham cię. Zawsze z tobą będę, nawet jeśli nie będziesz mnie w stanie zobaczyć. Zawsze przy tobie.
Księżyc zabłyszczał we łzie, która spłynęła po jego policzku. Nasturcja tylko oparła głowę o jego pierś.
— Nie chcę, żebyś odchodził — powiedziała cicho.
— Wiem. Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo wiem. — W jego słowach krył się ból.
Siedzieli tak przez, zdawać by się mogło, wieczność. Wiatr zdążył wysuszyć ich łzy, a czas zasklepić ranę na sercach. Nagle w ciszy zabrzmiały delikatne nuty, jakby muzyka chciała przywrócić tych dwoje światu.
— Zatańczysz? — zapytał po prostu.
— Zatańczę — szepcze teraz, wpatrzona w rozległą pustkę tuż przed nią. Tak jak wtedy wstaje, lecz nie trzymając jego dłoni, a sama, i robi krok naprzód. Wiatr rozwiewa jej włosy, a ona obraca się. I jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze...
Łzy płyną.

VI


— Przyjadę po ciebie o siedemnastej. — Usłyszała innym razem znajomy głos, podnosząc słuchawkę telefonu.
— Proszę? — spytała wtedy.
— Kochana, wyszykuj się na siedemnastą, porywam cię. — Zaśmiał się. Wyobraziła sobie, jak odrzuca głowę w tył, a w jego oczach błyskają wesołe ogniki.
— Ale... gdzie? 
— Niespodzianka.
— Nie powiesz nic więcej?
— Absolutnie. — Prawie czuła, jak się uśmiecha
— Dobra — odpowiedziała wobec tego. — Będę czekać.


Zdecydowała się na prostą sukienkę w jasnych kolorach. Było na tyle ciepło, że postanowiła nie brać niczego więcej. Gdy tylko zobaczyła Azaela, wyszła mu naprzeciw. Pocałowała go na przywitanie, on przyciągnął ją do siebie i oplótł drobne ciało dziewczyny ramionami.
— Co robisz? — szepnęła, patrząc mu prosto w jasnobłękitne oczy.
— Zobaczysz. — Uśmiechnął się tajemniczo.
Nagle... na plecach Azaela zmaterializowały się skrzydła. Złożone z ogromnych białych piór lekko drgały na wietrze. Nasturcja patrzyła jak urzeczona, gdy poruszyły się i objęły ją całą. Na plecach poczuła delikatny, choć stanowczy dotyk, a jej pole widzenia zakryła połać białego puchu. Zakręciło jej się w głowie, mocniej oparła się o pierś anioła.
Ocknęła się, czując ciepłe wargi na swoim czole. Uśmiechnęła się, nim jeszcze otworzyła oczy. Kiedy jednak to zrobiła, zobaczyła nad sobą jasne włosy, błękitne oczy, w których tańczyły wesołe iskierki i uśmiech pełen miłości.
— Dzień dobry, śpiąca królewno. —  Powiedział i pocałował ją raz jeszcze.
— Hej. — Oddała pocałunek.
— Nie podglądaj — poprosił, podnosząc ją. Zawiązał swoją chustkę dookoła jej głowy i objął ją delikatnie.
— Mhm. — Przytaknęła i dała popchnąć się do przodu, cały czas czując na swojej talii stanowczy dotyk.
— Teraz, uwaga, musisz podnieść nogę — powiedział po chwili, równocześnie skręcając lekko w lewo — a teraz... — Jakby zamyślił się i dodał: — Tak będzie szybciej.
Pochylił się i podciął jej nogi. Pisnęła, ale zanim zdążyła upaść, chłopak złapał ją i wyprostował się, jakby nic nie ważyła. — Tak było prościej — wytłumaczył się, gdy trzepnęła go ręką.
— Przestraszyłeś mnie — powiedziała z udawanym wyrzutem i oparła głowę o jego pierś. Westchnęła cicho, wdychając jego zapach.
Las zamknął się wokół nich, tworząc intymne, ciche miejsce, w którym byli tylko we dwoje. Ptaki ćwierkały leciutko, jakby nie chcąc przeszkadzać, a jedynym prócz nich dźwiękiem były szeleszczące kroki Azaela.
— Co, kochana? — Siódmy zmysł chłopaka dał o sobie znać. — O czym myślisz?
— O niczym. — Zawahała się. — Po prostu... nie chcę cię stracić.
Na te słowa zacisnął mocno powieki. Przez jego twarz przebiegł skurcz bólu, a on w głębi ducha cieszył się, że Nasturcja tego nie widzi.
— Nie myśl o tym. — Szepnął. — Proszę.


— A teraz... — Postawił ją delikatnie na ziemi. — Otwórz oczy.
Widok zaparł jej dech w piersiach. Na pierwszym planie widziała tylko wodę. Później dostrzegła pochylające się na nią drzewa, ptaki w zielonych koronach, kamienie szare i czarne, o całkiem okrągłych kształtach i zupełnie kanciaste, delikatną mgiełkę unoszącą się ponad taflą błękitnej połaci... I uświadomiła sobie, że woda, tamta woda, znajduje się kilka metrów w dół od miejsca, w którym stała. Strumyk opływający jej stopy tworzył wodospad, na którego szczycie byli.
Azael dotknął wargami jej szyi.
— Podoba ci się? — szepnął.
— I to jak. — Prawie skręciła sobie kark, odnajdując jego usta.
Gdy zabrakło im powietrza, Azael odsunął się na krok.
— A teraz, moja droga, idziemy popływać.
— Że co? — zapytała z niedowierzaniem.
Nie zdążyła nawet krzyknąć, gdy chłopak poderwał ją do góry, zrobił kilka kroków do przodu i... runęli w przepaść. Chwila nieważkości trwała przez kilka sekund, ale dla Nasturcji dłużyła się nieskończenie. Żołądek podszedł jej do gardła, rękami machała bezwładnie w powietrzu, o mało nie trafiając przy tym Azaela, który zanosił się śmiechem. Widząc jego roześmianą twarz, ona również rozchichotała się na dobre.
Wpadli do wody. Zimny błękit zamknął się im ponad głowami, gdy opadli na samo dno. Nasturcja zgubiła gdzieś swojego anioła stróża i zaczęła w panice przebierać nogami. Zaraz jednak Azael chwycił ją i pociągnął do góry.
— Nie umiesz pływać. — Zauważył ze zdziwieniem, gdy tylko wciągnął powietrze do płuc.
Zrobiła zdziwioną minę, ale po chwili na jej twarzy pojawił się szatański uśmiech. Parsknęła śmiechem.
— Brawo, Sherlocku. — Jej ramiona owinęły się mu wokół szyi. — Trzymaj mnie mocno.
— Obiecuję. — Uśmiechnął się łobuzersko i odskoczył w bok.
Nasturcja skoczyła za nim, ale, nie mając dna pod stopami, zaraz przykryta została toną wody. Wynurzywszy głowę, nabrała łapczywie powietrza.
— Gnojek! — parsknęła tylko i zwinnie zanurkowała.
Azael nie miał szans. Nasturcja pociągnęła go za nogi w dół, a zaskoczenie nie pozwoliło mu się bronić.
— Kłamczucha! — rzucił, gdy tylko się wynurzyli. — Zaraz ci pokażę...
— Na pewno! — Chlusnęła mu wodą prosto w oczy i śmignęła w bok.
Nie zdążyła uciec daleko. Po chwili na jej plecach wylądowało coś niesamowicie ciężkiego, co bezlitośnie sprawiło, że poleciała w dół.
Ścigali się tak przez chwilę, miotani wodą i radością. Raz po raz tracili grunt pod nogami, gubili się wzajemnie po to, by zaraz odnaleźć się w błękitnej toni. Chwytali swoje ręce, odnajdywali usta. Ich serca łączyły się raz po raz, oddechy ginęły wśród wszechobecnej miłości, a znikome ilości rozsądku pozwalały zanurzać się i wynurzać, tańczyć wśród tysięcy kropel wody.


— Potwór z bagien pozwoli? — zapytał Azael, wgramoliwszy się na brzeg.
— Pozwoli — odpowiedziała Nasturcja, przyjmując wyciągnięta dłoń. Lodowata woda skapywała jej z posklejanych kasztanowych kosmyków, sukienka przylepiała się do ciała, a ona trzęsła się lekko. Azael również cały ociekał wodą. Ściągając za długą i nienaturalnie białą koszulę, spojrzał na Nasturcję.
— Rzeczy lepiej wyschłyby na ziemi niż na tobie. — Uśmiechnął się łobuzersko.
— Spadaj — rzuciła w odpowiedzi, rumieniąc się delikatnie, po czym z trudem odwróciła wzrok od ciała anioła.
Usiedli na ziemi. Jedno przy drugim, dziewczyna opierając się o pierś chłopaka. W pewnej chwili poczuła jego dłoń na swojej talii, ale nie bała się. Jego wzrok, opływający kształt jej ciała pod mokrą sukienką, również nie budził jej obaw. Ufała mu całkowicie.
— Kocham cię — powiedziała.
— Ja ciebie też — odpowiedział  i zamknął oczy, grzejąc twarz w słońcu.
— To niesamowite, że dane nam było się spotkać. — Kontynuowała dziewczyna. — Do tej pory miałam wrażenie, jakbym, pragnąc miłości, szukała wiatru w polu. To było coś nieosiągalnego, coś tajemniczego, enigmatycznego, a teraz... Wydaje się takie proste, zupełnie naturalne i... moje. Choć wiem, że nie zasługuję na ciebie... Tak, to prawda. Nie jestem taka jak ty.  Nie jestem dobra, a mimo to kochasz mnie. Chcę spędzić z tobą każdą chwilę i dziękuję niebiosom, że postawiły cię na mej drodze.
— Jesteś niesamowita i to raczej ja powinienem powiedzieć, że na ciebie nie zasługuję — odezwał się na to. — Spośród wszystkich ludzi na świecie spotkałem najniezwyklejszą istotę na ziemi. Piękną młodą kobietę, z sercem na dłoni, która nie boi się inności. Żadne słowa nie opiszą tego, ile dla mnie znaczysz. Jesteś całym moim światem.
— Dziękuję. — Spojrzała mu w oczy.


— Chodźmy coś zjeść — zaproponowała Nasturcja, kiedy, już dostatecznie sucha, potrzebowała rozprostować nogi.
— Mam zarezerwować stolik w pięciogwiazdkowej restauracji i poprosić o świece? — zapytał, otrzepując odrobinę zielone spodnie.
— Wystarczy pizza — powiedziała, przeczesując włosy palcami. — Znam fajną pizzerię niedaleko mojego domu.


— Naprawdę ludzie to jedzą? — zapytał Azael, wygrzebując spomiędzy kawałków pieczarki zieloną oliwkę.
— Mhm — mruknęła z pełną buzią.
Siedzieli właśnie przy nierzucającym się w oczy dwuosobowym stoliku, jedząc margheritę. Wokół wesoło ćwierkały ptaki, ludzie powoli zbierali się do domów, a oni trwali nieprzerwanie, wpatrzeni w siebie.
W końcu w kawiarnianym ogródku pizzerii pozostali sami. Słońce zachodziło, robiło się coraz zimniej, ale nie przeszkadzało im to. Dwa serca, bijące w jednym rytmie, ogrzewały się nawzajem.

Ach, jakże chce teraz wrócić do tego dnia. Do jego spojrzenia, jego uśmiechu wtedy. Czuje się teraz taka samotna, taka nic nie znacząca, niepotrzebna bez niego. To Azael nadawał sens jej istnieniu. Gdy go zabrakło, nic już się nie liczy.

VII


Stoi na dachu budynku. Doskonale zdaje sobie sprawę, co ją tu przygnało, ale nie chce nadawać tej myśli kształtu. Stara się odpędzić od siebie wspomnienia, ale one same przychodzą.
Tuż przed nią, na chłodnym betonie siada motyl. Nie wiedziała, że motyle latają aż tak wysoko, więc jest mile zaskoczona jego obecnością. Uśmiecha się do niego, a on patrzy na nią z zainteresowaniem. Pewnie też nikogo się tu nie spodziewał, przychodzi na myśl dziewczynie, a wraz z tą myślą w jej głowie pojawia się nazwa tego stworzenia i fakt, że wcale nie powinno go tu być. Przypomina je się, jak spędzili kiedyś cały dzień, leżąc na łące, a on uczył jej nazw wszystkich małych istotek, które szeleściły wśród traw. Uświadamia sobie, że wszystkie jej najpiękniejsze wspomnienia wiążą się z Azaelem i to wbija kolejny nóż w jej serce. Kolejne łzy z jej oczy opadają na ziemię, w dół i w dół, tak jak i ona spada coraz niżej i niżej...

VIII


— Muszę ci coś powiedzieć. — Usłyszała, nim do końca zdążyła otworzyć drzwi. Azael miał rozczochrane włosy, lekko pomiętą koszulę, a na dżinsach dziury. Ale nie to było najgorsze. Nasturcję najbardziej przeraziły jego oczy. Szkliste, zaczerwienione, smutne oczy kogoś, kto wyje z bezsilności i niemocy. Pierwszy raz zobaczyła go w takim stanie.
— Co się stało? — zapytała, chwytając kurtkę.
— Nie tutaj, nie tutaj — powiedział, ciągnąc ją za sobą. 
Jego skrzydła były dziś szare. Matowe i połamane sprawiały wrażenie umierających. Zaprowadził ją na cmentarz.
I w tym momencie zorientowała się, co się stało. Jej serce zatrzymało się i teraz ma wrażenie, że od tamtej chwili nie zaczęło bić.
— Nie, jeszcze nie... — jęknęła wtedy, całując jego nieruchome usta, obejmując zimne ciało. — Nie opuszczaj mnie...
Spojrzał na nią z bólem w oczach. Zrozumiała, że był teraz aniołem, nie jej chłopakiem. Aniołem ze skrzydłami, z cierpiącym sercem, z zapadniętymi policzkami, ze łzami w oczach.
— Proszę... — Rozpłakała się, zanurzając twarz w jego piersi. — Proszę...
Azael objął ją, ale jakby z dystansem.
— Posłuchaj mnie... — rzekł stanowczo.
— Nie! — zawyła, zapominając o świecie wokół. — Nie! Nie zgadzam się! To się tak nie skończy. Nie może... — Głos się jej załamał.
Nie odpowiedział. Westchnął tylko i wtulił usta w kasztanowe loki.


Dwa serca, bijące w tym samym rytmie, ogrzewały się w tej chwili wzajemnie. Świat wokół, zimny i nieprzyjazny, chciał rozdzielić tych dwoje, lecz on trwali, niewzruszenie i razem. Lecz czymże jest opór dwóch serc przeciwko wszechświatowi?


— Nie smuć się. — Siedzieli oparci o jeden z wiekowych grobowców.
— Wiesz, że będę — odpowiedziała, przyglądając się, jak na rzęsach Azaela osiada łza.
— Wiem i tego się właśnie boję. — Przymknął oczy i kropla opadła mu na policzek.
— Ja boję się stracić ciebie. — Dziewczyna starła ją palcami.
— Nie stracisz mnie. Będę zawsze przy tobie, nawet jeśli nie będziesz mogła mnie dostrzec. — Chwycił jej rękę.
— Nie chcę tego. — Zacisnęła palce.
— Myślisz, że ja chcę? — Dotknął wargami grzbietu jej dłoni.


— Daję ci wolność. Nie mogę wziąć cię ze sobą, więc uwalniam cię. Nie myśl o mnie, zacznij swoje życie.
— Nie dam rady.
— Dasz radę. Jesteś silna. Byłem takim cholernym egoistą, będąc z tobą. Dlaczego nie zostawiłem cię? Dlaczego trzymałem cię przy sobie, nie pozwalając ci odejść? Dlaczego zniewoliłem cię do tego stopnia, że teraz cierpisz?
— Nie mów tak. Podarowałeś mi najpiękniejsze chwile, jakie kiedykolwiek przeżyłam. Nie możesz się za to obwiniać i nie masz prawa mnie za to przepraszać.
Wiedziała, że będzie robił sobie wyrzuty. Tak samo, jak on wiedział, że ona nie otrząśnie się tak szybko.
— Kocham cię i zawsze będę cię kochać. Nie płacz, proszę. Dla mnie. Obiecaj mi, że dasz sobie radę. —Spróbował mimo to.
— Nie mogę. Nie jestem silna. Jestem słaba, tak strasznie słaba bez ciebie. — Szkliste oczy błagalnie spojrzały na przygnębionego anioła.
On tylko przytulił ją mocniej.
Słowa nie były im potrzebne. Wiedzieli już wszystko, wiedzieli, że podjęli walkę.

IX


— Byliśmy na przegranej pozycji — mruknął Azael. — Od początku.
— Wiem, ale... życie nie opiera się na samych zwycięstwach. Czasami trzeba upaść, by odnieść radość z powstania. — Wiedziała, że żadnego powstania dla niej nie będzie, ale mimo to ciągnęła dalej: — Przez to życie jest pełne. I to, że kiedyś będziemy musieli się rozstać, wcale nie umniejsza tego, że życie jest także piękne.
— Spójrz na mnie. — Poprosił, unosząc jej głowę. Upewnił się, że to wszystko to były tylko słowa. Że ona nie planuje podnieść się z powrotem. — Kochana... — szepnął, scałowując z jej warg smutek. — Wierzę w ciebie.

X


Nasturcja widzi, jak motyl zbiera się do lotu. Jest silniejszy niż ona, bo nie opada w dół, lecz unosi się ponad krawędź dachu. Dziewczyna jak urzeczona pochyla się za nim i patrzy na ziemię kilkanaście, może kilkaset merów poniżej. Nigdy wysokość nie przerażała jej, chociaż teraz ma lekkie zawroty głowy, gdy stopy przenoszą ją o krok bliżej przepaści.
Wiem, że on nie pozwoliłby jej na to. Powiedziałby, że ma dalej walczyć i nie może iść na łatwiznę. Mimo to ona już zdecydowała. I w ostatnim rozrachunku to chyba wyjście, które przewidziane było od początku. Od pierwszego ich spotkania. 
Pisane im jest spędzić ze sobą wieczność.

XI


Robi krok naprzód. To nie jest trudne. I jeszcze jeden. To odrobinę trudniejsze. I jeszcze. To wydaje się niemożliwe, ale teraz już się nie cofnie. Zmusza się do wysiłku.
W następnej sekundzie grunt umyka jej spod stóp.
W następnej wisi w powietrzu. Zabawne, ale chce jej się śmiać.
I nagle zaczyna spadać.
W dół.
Coraz szybciej.
I szybciej.
I szybciej…
W dół.

Czuje, jak ktoś dotyka jej ramion. Ktoś szepcze jej do ucha jakieś słowa, które nie mają znaczenia. Słyszy tylko ton głosu, jego barwę, tak znajomą. Wzruszenie ściska jej gardło, a ona otwiera szeroko oczy. Choć widzi przed sobą tylko biel, wydaje jej się, że on jest obok niej.
Szepcze jego imię. Woła go, szuka rękami, zaciska kurczowo dłonie. Gdzie jesteś?! Czuje go, tak blisko, tak blisko siebie, ale nie może uchwycić rytmu jego serca…

XII


Budzi się pod wpływem czyjegoś dotyku. Otwiera oczy i rozpoznaje łąkę, gdzie uczyła się nazw motyli.
— Już wszystko dobrze. – Słyszy.
Odwraca głowę i napotyka błękitne spojrzenie.
Wie, że jest dobrze.

środa, 24 maja 2017

Droubble #1: Pożegnanie

Najmilsi! Czas na, jak mawiał Kubuś Puchatek, małe co nieco... czyli moje pierwsze droubble. Nie wtajemniczonym mogę powiedzieć, że ten króciutki utwór literacki składa się z równo dwustu słów. Czytajcie.

Pożegnanie...


Nad rzeką widzisz dwoje ludzi. Stoją niedaleko, na odległość głosu. Mógłbyś ich zawołać, ale wolisz nie przerywać tej chwili. Jest pod pewnym względem magiczna; związana z tą dwójką osób w sposób, jakiego nie rozumiesz zbyt dobrze. Stoisz więc i patrzysz. W pewnej chwili... dziewczyna, tak, teraz widzisz, że to dziewczyna, odwraca głowę. W jej oczach coś się błyszczy. To łzy. Chłopak delikatnie dotyka jej policzka i zaraz zanurza palce w jej włosach. Ona opiera się o jego dłoń, z ufnością przymyka oczy. Chłopak pochyla się i całuje ją. Nie widzisz skrzących się kropel na jego policzkach, nie wiesz, co dzieje się w jego sercu, ale mimo to w pewien sposób czujesz się związany z tą dwójką. Widzisz, jak obejmują się. Jak ona zanurza twarz w jego piersi, on dotyka ustami jej włosów. Nagły dotyk wiatru unosi je i czarna kurtyna ukrywa tych dwoje przed światem. Także i przed tobą, ale potrafisz zrozumieć to, że jesteś tylko publicznością.
Stoją tak przez wieczność. Cisza wokół pozwala im na szept płynący prosto z zakochanych serc. Nagle chłopak odrywa się, mówi coś. Dziewczyna kiwa głową, a on szybko zbliża wargi do jej ust, po czym odchodzi. Dziewczyna patrzy za nim z pustką w oczach.

wtorek, 28 marca 2017

Iskry aksamitu nieba


a gwiazd nie było tej czarnej nocy
nie było ich wtedy, lecz dziś
jest ich 
choć trochę
więcej

Była taka noc, kiedy na niebie, czarnej połaci aksamitu, nie srebrzyła się ani jedna gwiazda. Była taka noc, kiedy jedyną nutą pobrzękującą w powietrzu był szelest liści poruszanych przez leciutkie podmuchy wiatru. Była taka noc, w czasie której, gdzieś wysoko, pomiędzy koronami drzew, bezszelestnie przeleciał puchacz, spozierając na uśpioną ziemię. Była taka noc, kiedy dwoje ludzi, na pozór sobie obcych, patrzyła w to samo niebo. 
Była też i taka noc, w której połączyły ich gwiazdy.

Ofelia na samą myśl o wyjściu na dwór poczuła dreszcze. Wietrznie, ciemno, zimno - słowem - nieprzyjemnie. Mimo to otuliła się szczelniej płaszczem i już po chwili opierała się o drewnianą barierkę mostu przerzuconego niedbale przez niewielką rzekę. Liście drzew wokół dopiero co zazieleniły się, potok bulgotał wesoło, a wiatr tańczył w wysokich trzcinach.

Rafael zamknął oczy, wsłuchując się w szemrzącą wodę. Nie sądził, by było coś piękniejszego od rwącego potoku, którego powierzchnia odbijała zazwyczaj gwiazdy. Zazwyczaj, ale nie dziś - dziś bowiem na niebie nie było ani jednej świecącej iskierki. Czarna powierzchnia jednocześnie przerażała i fascynowała Rafaela. Miał wrażenie, jakby niebo opadało coraz niżej i niżej...

Ofelia strzepnęła opadły jej na ramię liść. Spadł wprost pomiędzy błyszczące kamienie - a zaraz potem zsunął się i popłynął z prądem. Dziewczyna potarła dłońmi o siebie, ponieważ wiatr dawał jej się coraz bardziej we znaki, i wyciągnęła z kieszeni pomiętą kartkę. Zaraz potem papier pokrył się zgrabnym, lekko pochyłym pismem.

gwiazdy schowały oblicza
pod czarną kołdrą nieba
zarumieniło się księżycowe lico
czyż gwiazd mu już nie potrzeba? 

Słowa rozmywały się z każdą kroplą wody, najmniejszy wietrzny podmuch pozbawiał ich życia. Rafael starał się uchwycić choć kilka z nich, lecz umykały mu, jak tylko ich sens zdążył dotrzeć w jego myśli. Miał wrażenie, jakby była w tym najprawdziwsza magia - słowa przypłynęły do niego wraz z srebrzącą się wodą i wraz z nią zamierzały ulecieć w eter.

Ofelia oparła rękę o barierkę i nakreśliła kilkoma ruchami nadgarstka kolejny wers. Gdy tylko przerzuciła wzrokiem tekst, uniosła błękitno-atramentowy świstek i puściła go delikatnie. Chwilę zawirował w powietrzu i opadł miękko pośród wzburzone fale strumyka.

gdzie jesteście, światła mego życia?
gdzieś się podziała
iskro czarnego aksamitu?
wróć, błyszczałko srebrzyste
wróć, proszę

...Była też i taka noc, kiedy tych dwoje połączyły gwiazdy.

Ofelia znalazła jedną - maleńką, ledwo przebijającą się przez czerń nieba. Delikatną, falującą jakby pod wpływem wiatru, które rozwiewał jej włosy, ale mimo to wyraźną, dającą nadzieję.

Rafael również patrzył. Nagle - wśród aksamitnej płachty zabłyszczała drobna iskra. Aż zmrużył oczy, a, gdy te przyzwyczaiły się do niebiańskiego blasku, wyciągnął bezwiednie rękę. Gwiazda przygasła już, lecz nadal była - jedyny jasny punkt wśród kruczego nieba.

Ofelia odwróciła się i zauważyła więcej maleńkich światełek wśród czarnego aksamitu. Po chwili niebo rozbłysło, a dziewczyna straciła z oczu swoją gwiazdę. Zamarła, szukając jej wzrokiem, ale ta zniknęła już wśród tysiąca iskierek. Ofelia obróciła się i smutno raz jeszcze spojrzała w górę. Gdzie jesteś, gwiazdo? - pytały jej piwne oczy, lecz rzeczywistość pozostała nieubłaganą. Niebo nie chciało oddać jej ani jednego światełka...

gwiazdo, srebrnoskrzydły elfie,
utonęłoś w złotej wodzie nieba
gdzieżeś jesteś,
moje słońce?
gdzieś tyś gwiazdo
obca, a zarazem bliska?

Cholera! - pomyślał Rafael. Czarne niebo, nim się obejrzał, połknęło jego żarzącą się iskrę. Utonęła jak magiczne słowa w wodzie potoku wśród biało-złotych punktów, które teraz nieubłaganie wisiały nad jego głową. Obrócił się, odgarnął z czoła niesforne loki. Nie chciał stracić tej chwili, nie chciał stracić swojej gwiazdy... Wtem jego wzrok przyciągnął miękki błysk na niebie. Być może nawet by go nie zauważył, gdyby nie to, że iskierka rozświetliła srebrzystą połać jeszcze bardziej jakby specjalnie dla niego. Rafael obejrzał się za siebie. I ujrzał swoją gwiazdę.

Ofelia odrzuciła w tył głowę i uśmiechnęła się. Nie wiedziała sama, dlaczego, ale coś po prostu sprawiło, że chciała to zrobić. Czuła, że świat jest tak piękny, tak pełen srebrzystych gwiazd... Czuła, że każda z nich świeci wprost dla niej. Nagle jednak wrażenie przeminęło, zastąpione przez o wiele mocniejszą nutę - Ofelia poczuła, jakby małe światełko opuściło swój dom i specjalnie dla niej zasrebrzało tuż obok, pośród szumu potoku i szelestu drzew. Odwróciła się, a pierwszym, co napotkały jej oczy, była błękitna toń rozświetlonego gwiazdami spojrzenia.

Odwróciła się, a Rafael był w stanie dostrzec tylko zaróżowione policzki, radość w oczach, rozwiane przez wiatr kasztanowe włosy... Był w stanie dostrzec tylko swoją gwiazdę.

niebo - pełne świateł
lecz to ziemia ich przystanią
dla której świecą
najjaśniej

niedziela, 19 marca 2017

Niespodzianka?

Najmilsi. W sumie mogłabym tu nic nie pisać, ale lubię rozmawiać, lub mieć tę iluzję, że z kimś rozmawiam, mimo że nic sensownego do powiedzenia nie mam. A więc (nie gryźcie, wiem, że tak się zdań nie zaczyna, ale przywilejem posiadania własnego bloga jest pisanie, co i jak się tylko chce) przedstawiam kolejną odsłonę esemesowej pogawędki najbardziej uroczej pary w historii literatury i kinematografii. Wiem na pewno, że w końcu napiszę coś normalnego w tym temacie, ale jeszcze nie teraz. Tymczasem nie zanudzam - czytajcie.

15:34
John, dlaczego się nie odzywasz?
SH

15:34
Co?
JW

15:35
Mówię do Ciebie od pół godziny, a Ty siedzisz w kuchni i nawet na mnie nie spojrzysz.
SH

15:35
Co...?
JW

15:36
Musiałem aż sięgnąć do kieszeni po komórkę.
SH

15:37
Przepraszam, co?
JW

15:37
No tak, John. Jesteś okropny.
SH

15:38
Sherlocku, stoję właśnie w kilometrowej kolejce w sklepie jakieś 20 kilometrów od Baker Street.
JW

15:38
Ale, John, Ty jesteś w kuchni.
SH

15:39
Nie mogę być jednocześnie w dwóch miejscach, wybacz.
JW

15:39
Nie jesteś w dwóch miejscach, John. Jesteś w kuchni.

15:39
Rusz tyłek z kanapy, a przekonasz się, że jednak mnie tam nie ma.
JW

15:40
John, dlaczego jesteś taki niemiły?
SH

15:41
Bo ta baba z lewej nie dość, że najechała mi wózkiem na stopę, to teraz zerka mi przez ramię i czyta, co piszę.
JW

15:42
Trzeba było się nie ruszać z kuchni.
SH

15:42
Dzięki za współczucie,
JW

15:42
Nie ma za co.
SH

15:43
Ach, to była ironia.
SH

15:43
Tak, Sherlocku, to była ironia.
JW

15:44
A teraz daj mi chwilę, bo będę płacić.
JW

15:44
John, jest coś, o czym powinieneś wiedzieć.
SH

15:45
John, muszę Ci coś powiedzieć.
SH

15:46
John, to jest naprawdę ważne.
SH

15:47
SHERLOCK!
JW

15:47
O tym właśnie mówiłem.
SH

15:48
Sherlocku, gdzie jest mój portfel?!
JW

15:49
Jak by Ci to powiedzieć... Pożyczyłem.
SH

15:49
Sherlocku, nie denerwuj mnie. Jak to, pożyczyłeś?
JW

15:49
Nie miałeś nic przeciwko.
SH

15:50
Ciężko, żebym miał, jeśli mnie tam nie było.
JW

15:50
Wtedy byłeś.
SH

15:50
A może jednak nie...
SH

15:51
Uduszę Cię kiedyś.
JW

15:51
John, nie gniewaj się. Przecież i tak większość rzeczy mamy wspólnych.
SH

15:52
Co nie zmienia faktu, że tych kilku moich nie masz prawa ruszać.
JW

15:53
John, to było w ważnej sprawie.
SH

15:53
Jakiej?
JW

15:54
Potrzebowałem kupić...
SH

15:54
Co?
JW

15:55
Niespodzianka.
SH

15:55
Nie możesz wiedzieć.
SH

15:56
Sherlocku, czy to na pewno Ty?
JW

15:56
Tak.
SH

15:56
Zrobiłeś mi niespodziankę?
JW

15:57
Tak.
SH

15:57
Choc praktycznie to już nie niespodzianka.
SH

15:58
Zadziwiasz mnie.
JW

15:58
Więc już nie jesteś zły?
SH

15:59
Jestem.
JW

15:59
Ale też miło zdziwiony.
JW

16:00
To kiedy będziesz?
SH

16:00
Jak tylko zapłacę za zakupy.
JW

16:01
John...
SH

16:01
Aha.
JW

16:02
Dobra. Już jadę.
JW